<![CDATA[Nasz Nowy Jork - Czy jestes jednym z nich?]]>Sat, 15 Oct 2016 04:15:27 -0700Weebly<![CDATA[Generał   Stefan "Grot" Rowecki ]]>Sun, 08 Dec 2013 19:43:07 GMThttp://nasznowyjork.org/czy-jestes-jednym-z-nich/general-stefan-grot-roweckiPictureGeneral Stefan "Grot" Rowecki
Tajemnice Generała „Grota”

Lipiec 1943 roku był jednym z najtragiczniejszych miesięcy od napaści III Rzeszy na Polskę. W okupowanych miastach uliczne megafony, nazywane „szczekaczkami”, przyniosły hiobową wieść – 4 lipca w gibraltarskiej katastrofie zginął Naczelny Wódz gen. Władysław Sikorski. W Warszawie, niemalże równocześnie, rozeszła się wstrząsająca plotka – dowódca Armii Krajowej został aresztowany przez Gestapo…


    Te tragiczne dla Polski wydarzenia, już od pierwszych chwil stały się obiektem bardzo emocjonalnych komentarzy, w których dominowały różnego rodzaju teorie. Nic dziwnego, trudno było bowiem uwierzyć, aby śmierć Naczelnego Wodza i aresztowanie Komendanta Głównego ZWZ, które nastąpiły w odstępie pięciu dni, były jedynie dziełem przypadku...

    Katastrofa gibraltarska do dzisiaj budzi kontrowersje, mimo negatywnego zweryfikowania najbardziej sensacyjnych teorii poprzez ekshumację i przebadanie ciała generała, przeprowadzone w ramach śledztwa prowadzonego przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach.

    Wykluczenie śmierci generała Sikorskiego w wyniku zabójstwa - zastrzelenia, zasztyletowania czy uduszenia - nie zdyskredytowało do końca hipotezy o sabotażu, którą podsycają obecnie skąpe przecieki z warszawskiej OKŚZpNP. W 2011 r. zdawałoby się zmierzające ku końcowi śledztwo zostało przejęte przez Warszawę... Z pewnością do tej sprawy jeszcze na łamach "Odkrywcy" wrócimy.

    W odróżnieniu od katastrofy gibraltarskiej, gdzie poza nielicznymi wyjątkami nie doszukiwano się winy niemieckich agentów, nie ulegało wątpliwości, że aresztowanie gen. "Grota" zostało przygotowane i przeprowadzone przez Gestapo. Kontrowersje budziły natomiast szczegóły całej operacji, pytanie: czy był to zwykły przypadek, czy efekt dokładnego rozpracowania przez Niemców Komendy Głównej AK? Emocje budziły kwestie "kto sypnął", i kto, pod kątem politycznym, na aresztowaniu skorzystał, oraz dlaczego w ogóle dopuszczono, aby bez jednego wystrzału i większego trudu schwytano dowódcę polskiej konspiracji.

    Aresztowanie, przesłuchania i śmierć gen. "Grota" stały się przedmiotem badań zawodowych historyków i amatorów - pasjonatów, dziennikarzy i archiwistów, a nawet byłych funkcjonariuszy służb specjalnych zarówno z okresu II wojny światowej - związanych z Armią Krajową bądź Oddziałem II Sztabu Naczelnego Wodza - jak i z lat PRL-u.

    Jednym z ciekawszych wątków tych badań pozostaje półprywatne śledztwo, jakie przeprowadził w latach 80. zwierzchnik specsłużb PRL, czyli szef MSW gen. Czesław Kiszczak. Przestudiował on dokumenty zgromadzone przez podległy sobie resort oraz podjął pewne czynności operacyjne weryfikujące część relacji. W ramach śledztwa gen. Kiszczak pozyskał "po przyjacielsku" od Ericha Mielke, szefa osławionej Stasi, zbiór niemieckich dokumentów dotyczących aresztowania gen. Stefana "Grota" Roweckiego.

    W latach 90. przekazał je historykowi Andrzejowi Krzysztofowi Kunertowi, który stwierdził jednak, iż nie wniosły one wiele do znanej nam obecnie wersji wydarzeń. A ta została wypracowana jeszcze w czasie II wojny światowej. Główną konkluzją pozostawał fakt, iż gen. "Grota" wydał bezpośrednio niemiecki agent Gestapo - oficer AK o pseudonimie "Gens" - Eugeniusz Świerczewski, działający wspólnie z dwójką innych agentów  - Ludwikiem Kalksteinem i Blanką Kaczorowską.

    Od tego czasu wersję tę uzupełniano, dodawano kolejne nieznane elementy i precyzowano chronologię wydarzeń. Z licznych autorów zajmujących się z sukcesami tym tematem, należy wymienić historyków: Tomasza Szarotę, Andrzeja Krzysztofa Kunerta, Andrzeja Chmielarza oraz Witolda Pronobisa. Wydawać by się mogło, że lata studiowania materiałów, poszukiwania dokumentów i relacji żyjących jeszcze świadków pozwoliło wyświetlić wszelkie aspekty aresztowania.

    Jednak co jakiś czas, w różnej maści publikacjach, pojawią się ponownie niektóre kontrowersyjne "widma". Jednym z nich jest mityczna rola w aresztowaniu agentów KGB i GRU, którzy celowo mieli spowodować przeciek do Gestapo o miejscu pobytu generała. Tezy te wysuwane były przez Tadeusza Kisielewskiego, autora serii popularnonaukowych publikacji dotyczących roli sowieckich służb zarówno w sprawie śmierci gen. Sikorskiego, jak i "Grota".

    Innym wątkiem, niezwykle popularnym w latach 70. i 80. XX wieku w łonie polskiej emigracji, były tezy firmowane przez koła związane z Narodowymi Siłami Zbrojnymi, m.in. z szefem sztabu dowództwa NSZ płk. Stanisławem Żochowskim. Dotyczyły domniemanych meldunków składanych przez jednego z oficerów wywiadu AK - kpt. Strusiewicza, które sugerowały celową opieszałość sztabu KG AK.

    Kapitan Strusiewicz miał jakoby dowiedzieć się i kilkakrotnie przekazywać informację o planowanym odlocie do Berlina samolotu wiozącego aresztowanego generała. Jego meldunki z premedytacją miały być odrzucane przez zwierzchników (w domyśle, pragnących, aby "Grot" pozostał w rękach niemieckich), co w konsekwencji zaprzepaściło sugerowaną przez Strusiewicza akcję odbicia generała.

    Siłą obydwu teorii, podobnie jak wielu innych "spiskowych" wersji historii, zawsze pozostaje fakt, iż bazują one na poszlakach, okruchach informacji i ustnych relacjach, których często nie sposób zweryfikować. A to, że teorie te są o wiele bardziej nieprawdopodobne od bardziej prozaicznej wersji wydarzeń, zupełnie ich zwolennikom nie przeszkadza. Obecnie tego rodzaju hipotezy zajmują czołowe miejsca na stronach i portalach internetowych głoszących kontrowersyjne teorie dotyczące historii najnowszej.

    Oczywiście historia aresztowania i śmierci gen. Stefana Roweckiego po dziś dzień pozostawia pewne pytania bez odpowiedzi, i ciągle ponawiane są próby wyjaśnienia wszystkich jej aspektów. Pojawiają się również nowe materiały źródłowe. W ciągu najbliższych miesięcy, dzięki staraniom Instytutu Piłsudskiego w Londynie i Archiwum Akt Nowych w Warszawie, zostaną opublikowane odnalezione niedawno pamiętniki szefa sztabu KG ZWZ-AK płk. Tadeusza Pełczyńskiego ps. "Grzegorz" (przed 1939 r. szefa Oddziału II SGWP).

    Wkrótce także zostaną ujawnione niemieckie raporty dotyczące struktur ZWZ-AK z lat 40. Z pewnością na światło dzienne wypłyną jeszcze niejedne materiały związane z tą sprawą, jak choćby te, pochodzące z dokumentacji śledztw MBP przeciwko: mjr. "Panterze" Boczoniowi, szefowi Wydziału Bezpieczeństwa i Kontrwywiadu KG ZWZ-AK Bernardowi Zakrzewskiemu "Oskarowi", czy niemieckim funkcjonariuszom Gestapo, takim jak cytowany w artykule SS Untersturmführer Alfred Otto.

Naprzeciw...

    Klęska 1939 r. stała się dla narodu polskiego olbrzymim wstrząsem. W większości wierzono, że przebieg wojny będzie wyglądał inaczej. Napór niemiecki uda się zatrzymać, a aliancka odsiecz pozwoli na przejście do kontrofensywy. Ta wiara łączyła pospołu elity państwa, oficerów, żołnierzy i cywili. Rzeczywistość okazała się inna. Połączenie dużej liczby czynników niemieckiej przewagi i dobrej organizacji Blitzkriegu, doprowadziło do szybkiej i fatalnej dla nas w skutkach kilkunastodniowej kampanii.

    W poczuciu klęski, wszechogarniającego smutku i rozgoryczenia zaczęły powstawać pierwsze organizacje, których celem stała się konspiracyjna walka przeciwko bezwzględnemu okupantowi. Już w październiku 1939 r. nastąpił prawdziwy wysyp różnorodnych konspiracyjnych struktur. Praktycznie wszystkie świeżo powstałe organizacje z marszu ogłaszały krytykę poprzednich rządów - stając na pozycjach przeciwnych sanacji i obarczając winą za klęskę przedwojenne elity.

    W tym olbrzymim tyglu, gdzie kipiały nie tylko uczucia patriotyczne, jako pierwsza, 27 września, pojawiła się tajna organizacja - Służba Zwycięstwu Polski (SZP). Jej kierownikiem został gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski. Organizacja ta, mimo zdecydowanego odcięcia się od sanacyjnej polityki, od samego początku stała się obiektem oskarżeń kierowanych przez inne organizacje podziemne. W ten konspiracyjny kocioł trafił płk Stefan Rowecki. We wrześniu 1939 r. dowodził on Brygadą Pancerno-Motorową.

    Po walkach, m.in. pod Tomaszowem Lubelskim, jego jednostka na rozkaz dowódcy Armii "Lublin" gen. T. Piskora musiała kapitulować. Stefan Rowecki nie zamierzał jednak iść do niewoli. 27 września dotarł do Warszawy, w dniu, kiedy do miasta wkraczały oddziały niemieckie, i jednocześnie powoływano do życia Służbę Zwycięstwu Polski.

    Jego zamiarem było przedostanie się na Zachód i dołączenie do formujących się oddziałów polskich we Francji. Traf, przypadek i szczere rozmowy z gen. Karaszewiczem-Tokarzewskim sprawiły, że ten urodzony żołnierz i dowódca został w kraju, pełniąc funkcję szefa sztabu SZP. Z chwilą powołania Związku Walki Zbrojnej (ZWZ), został mianowany dowódcą Obszaru nr 1, następnie Komendantem ZWZ na terenie okupacji niemieckiej, pełniąc praktycznie funkcję naczelnego dowódcy.

    Ostatecznie, po klęsce Francji, 30 VI 1940 r. świeżo awansowany do stopnia generała brygady został formalnie Komendantem Głównym ZWZ, będąc odpowiedzialny jedynie przed Naczelnym Wodzem. Rozpoczął się najaktywniejszy okres w jego życiu. Ten egzamin zdał celująco.

    W chwili gdy 30 VI 1943 r. został aresztowany, cieszył się całkowitym zaufaniem Naczelnego Wodza oraz niepodważalnym mirem wśród podwładnych, społeczeństwa i w środowisku emigracji. Sam Stefan Rowecki był szczególnie dumny z prowadzonej z olbrzymim trudem akcji scaleniowej, dzięki której udało się wcielić do ZWZ-AK kilkanaście bardziej wartościowych organizacji podziemnych.

    Umiejętnie kierowana przez niego olbrzymia masa ludzi, stała się bezprecedensowym przykładem kilkusettysięcznego wojska konspiracyjnego, dysponującego sprawnym wywiadem, kontrwywiadem, ośrodkami szkoleniowymi, funkcjonującego w ramach całego sprawnie działającego Państwa Podziemnego. Tak rozbudowane struktury nie istniały w żadnym innym kraju okupowanym.

    Jednocześnie żaden inny dowódca tak wysokiego szczebla nie działał w warunkach ciągłego zagrożenia, praktycznie codziennie na linii frontu. Mimo zmiany wyglądu zewnętrznego - "Grot" zapuścił wąsy, ufarbował włosy, zaczął nosić okulary i podpierać się laską oraz dysponowania kilkoma fałszywymi tożsamościami - w każdej chwili groziło mu rozpoznanie przez coraz sprawniej działające organa niemieckiej policji bezpieczeństwa.

Aresztowanie

    Latem 1943 r. generał "Grot" zdawał sobie z pewnością sprawę, iż igra z losem. Od dawna Niemcy wiedzieli kto stoi na czele polskiej konspiracji, nie wiedzieli jedynie pod jakim nazwiskiem i jakim adresem się ukrywa. Przez ostatnie kilkanaście miesięcy kilka razy został rozpoznany, za każdym razem udawało się mu uniknąć obławy i pogoni.

    Pewne fakty wskazują, że tuż przed aresztowaniem planował zniknąć na dłuższy czas z Warszawy, a nawet poddać się operacji plastycznej i zmienić w dużo większym niż do tej pory stopniu swój wygląd zewnętrzny. 30 VI 1943 r. gen. Stefan "Grot" Rowecki spotkał się ok. godziny 9:30 ze swoją łączniczką Elżbietą Prądzyńską-Zboińską.

"Doszliśmy do placu vis-avis kościoła Św. Jakuba - wspominała łączniczka. - Generał wrócił ze mną kilka kroków do środka placu Narutowicza i tam pożegnaliśmy się. Odwróciłam się, machnął mi wesoło ręką. Był w dobrym humorze. Jasny płaszcz przerzucony przez ramię. Dzień był słoneczny i pogodny. Wtedy ostatni raz go widziałam1".

    Po całkowicie rutynowym spotkaniu, i przejęciu od łączniczki koperty z pieniędzmi, generał podążył do jednego ze swoich lokali konspiracyjnych przy ul. Spiskiej 14 m 10. Z pewnością nie zamierzał długo w nim pozostać, być może chciał jedynie wykorzystać znajdujące się tam różnego rodzaju skrytki. Na miejsce dotarł prawdopodobnie ok. godziny 9:40. O 10:00 oczekiwano go przy ulicy Barskiej 5, gdzie miała nastąpić odprawa Komendy Głównej AK.

    Odprawa bardzo ważna, na której miał być obecny również Delegat Rządu na Kraj inż. Jankowski. Jednak w ciągu następnych minut nastąpiła katastrofa. Pod budynek w błyskawicznym tempie podjechało ok. 15 samochodów niemieckiej policji. Gestapowcy i SS-manni otoczyli sąsiadujące ze sobą kamienice o numerach: 12,14 i 16. Na dachach rozmieszczono kilka karabinów maszynowych, i rozpoczęto wypędzanie na ulicę mieszkańców kamienic (przy okazji dokonując częściowego rabunku mieszkań).

    Niezależnie, do lokalu nr 10 pobiegła grupa uderzeniowa. Wg późniejszych relacji mieszkańców, zasłony w mieszkaniu gdzie przebywał gen. "Grot" poruszyły się. Mieszkanie w odróżnieniu od innych konspiracyjnych lokali było zupełnie nieprzystosowane do pełnienia takiej funkcji, brakowało mu przede wszystkim zapasowej drogi ucieczki. Pozostawała tylko wiara w "mocne" papiery i fałszywą tożsamość, która wielokrotnie już się sprawdziła.

    Gdy w drzwi lokalu nr 10 załomotały kolby i buty napastników, szybko okazało się, że dla dowodzącego całą akcją SS Untersturmführera Ericha Mertena z wydziału III C (kontrwywiadu) warszawskiego Gestapo papiery nie miały żadnego znaczenia. Lokatora mieszkania zabrano, skuto z jednym z gestapowców, wciągnięto do samochodu, a następnie, w szybkim tempie i pod silną eskortą wywieziono na Aleję Szucha. Wkrótce w okolicy Spiskiej nie było ani jednego gestapowca. Mieszkanie zostało opieczętowane, a pozostawieni sami sobie mieszkańcy powoli wrócili do swoich mieszkań.

Reakcja...

    Tymczasem w lokalu przy ul. Barskiej 5 wyżsi oficerowie AK wraz z zastępcą KG ZWZ gen. Tadeuszem "Borem" Komorowskim z niepokojem oczekiwali na przybycie spóźniającego się, a punktualnego zazwyczaj, dowódcy. Ostatecznie po 11:00 płk T. Pełczyński "Grzegorz" wysłał adiutanta generała, por. Ryszarda Jamontt-Krzywickiego "Szymona", z zadaniem ustalenia, co stało się z generałem.

    "Szymon" dosyć szybko dowiedział się, że przy ulicy Spiskiej kogoś aresztowano, jednak dopiero późnym popołudniem, ok. 17:00, udało się potwierdzić, że w rękach niemieckich znalazł się "Grot". W atmosferze coraz większego napięcia oficerowie sztabu KG AK zanalizowali niepewne dane i opracowali plany odbicia generała. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że jest to zadanie niezwykle trudne.

    W obliczu niemieckiej przewagi w mieście, praktycznie niemożliwe - szturm na centralę Gestap o wymagał by użycia kilkudziesięciu, a być może i kilkuset żołnierzy AK, bez gwarancji sukcesu. Ostatecznie przyjęto plan zaatakowania siedziby Gestapo przy pomocy czołgu naładowanego materiałem wybuchowym. Nieznanego typu pojazd pancerny był remontowany przez współpracujących z AK polskich robotników w jednym z warszawskich zakładów.

    Uprowadzony czołg, kierowany przez ochotnika, miał wbić się w gmach, i po zdetonowaniu ładunku spowodować zniszczenia i zamieszanie. Wtedy miały uderzyć kompanie Kedywu i wydostać swojego dowódcę... żywego bądź martwego. Chcąc jednak zrealizować tak ryzykowny plan, musiały zostać zebrane choćby pobieżne dane, co musiało zająć kilkanaście godzin. Tymczasem w gmachu Gestapo panowała euforia, pomieszana z pewnego rodzaju obawą. Ciągle spodziewano się reakcji AK. Ściągnięto więc dodatkowe siły przygotowując się do obrony budynku.

    Cennego aresztanta poddano wstępnemu przesłuchaniu. Wezwany przez gestapowców fryzjer zgolił mu wąsy. Po tych czynnościach podobieństwo aresztowanego "Grota" do fotografii znajdujących się w rękach gestapowców było uderzające. Sam generał przyznał się kim jest, twierdząc, że mogą się do niego zwracać po niemiecku, jego warunkiem pozostaje jednak, aby traktować go jako oficera.

    Rzeczywiście potraktowano go z szacunkiem. Przesłuchania prowadzili: komendant SD i policji bezpieczeństwa - SS Standartenführer dr Ludwig Hahn, odpowiedzialny jedynie przed Berlinem kierownik specjalnej komórki do spraw polskiego podziemia SS Hauptsturmführer Alfred Spilker, i być może SS Sturmbannführer Walter Stamm. W gmachu zaczęło się robić tłoczno od oficjeli.

    Po telefonie Hahna przybył również pełniący ówcześnie funkcję dowódcy SS i Policji SS Gruppeführer Jürgen Stroop, dowodzący niedawną masakrą warszawskiego getta. Podobnie jak na innych gestapowcach, postać gen. "Grota" zrobiła na nim bardzo silne wrażenie, co wspominał po wojnie swojemu współwięźniowi kpt. Kazimierzowi Moczarskiemu. Tymczasem dr Hahn zarządził, aby "Grot" został umieszczony w pojedynczej celi ze stale otwartymi drzwiami.

    Ustawiony przy nich strażnik, miał nie spuszczać oka z polskiego generała. W międzyczasie, w rozmowie telefonicznej z centralą w Berlinie, ustalono, że cenny więzień w ciągu kilku godzin zostanie wywieziony z Warszawy. Szefa warszawskiego SD Hahna czekała więc nerwowa noc, bowiem pasażerski Ju-52 przyleciał dopiero o 5 nad ranem. Jednak oczekiwana akcja polskiego podziemia nie nastąpiła.

    Około 4:00 generał "Grot" pod silną eskortą został przewieziony na lotnisko Okęcie i umieszczony w samolocie. W podróży towarzyszą mu Erich Merten i dr Hahn oraz, wg niektórych źródeł, Alfred Spilker, pragnący być może zaakcentować swoją obecność przy zakończonej sukcesem spektakularnej akcji. Informacja o wywiezieniu "Grota" nie była utrzymywana w tajemnicy. Wręcz przeciwnie.

    Pozostali w Warszawie gestapowcy gorliwie popełniali niedyskrecje odsuwające od nich widmo niespodziewanego ataku. Rzeczywiście, na pierwszy sygnał o wywiezieniu gen. Roweckiego, KG AK odwołało planowane uderzenie na gmach przy Alei Szucha. Trzeba było pogodzić się z porażką...

    7 lipca 1943 r. gen. Tadeusz "Bór" Komorowski wysyła meldunek o aresztowaniu dowódcy Armii Krajowej. Do wstrząśniętego niedawną śmiercią gen. Władysława Sikorskiego Londynu dociera ona 11 lipca. Gen. Sosnkowski odpowiedział błyskawicznie, prosząc o szczegóły aresztowania i nazwisko pod jakim został zatrzymany.

    W odpowiedzi "Bór" donosił: "»Grot« aresztowany 30 czerwca o 10-tej przy ulicy Spiskiej 14/10. Drogą pośrednią ze źródeł Gestapo tegoż dnia otrzymaliśmy wiadomość o ujęciu »Grota«, co podkreślali jako wielki sukces. Nie mamy pewności, czy z ich strony wymieniono jego nazwisko rodowe. Na jakie nazwisko policyjne miał w chwili aresztowania przy sobie papiery i czy ich nie zniszczył, nie wiemy. (...) całe społeczeństwo w Warszawie o aresztowaniu »Grota« już wie, dyskrecja zbędna2".

Niepewność

    Kontrwywiad KG AK rozpoczął mozolne śledztwo mające na celu ustalenie przyczyny, i poznanie szczegółów aresztowania dowódcy AK. Ponadto wszelkimi kanałami rozpoczęto poszukiwania miejsca jego pobytu. Już następnego dnia po aresztowaniu, na Spiskiej pojawił się kilkunastoosobowy oddział AK-owców dowodzony przez Franciszka Knappa ps. "Ernest". Była to elitarna Grupa Ewakuacyjno-Inwigilacyjna złożona z przedwojennych żandarmów i żołnierzy KOP.

    Nie przeszkodził im ani jeden agent Gestapo. Niemcy całkowicie oddali pole zadowalając się schwytaniem generała. Po zerwaniu plomb, polscy żołnierze bardzo dokładnie przeszukali mieszkanie, odnajdując kilka skrytek z pieniędzmi, bronią i tajnymi dokumentami. Ich namierzenie przez Gestapo przyniosłoby znaczne straty (podobno jedna z prywatnych skrytek została opróżniona dopiero przez brata generała - Stanisława Roweckiego).

    Przez następne dni członkowie kontrwywiadu drobiazgowo odtwarzali sytuację, która nastąpiła tego feralnego dnia. Badano wiele tropów i poszukiwano źródła potencjalnej "wsypy". Równie mozolnie przebiegała próba ustalenia miejsca pobytu generała. Poszukiwano go wszelkimi możliwym kanałami. Zapytanie o ustalenie losów "Grota" dotarło również do oficera polskiego wywiadu kpt. Władysława Boczonia ps. "Pantera".

    Boczoń zakamuflowany pod nazwiskiem dr. Wagnera, był znany Niemcom jako pracownik wrocławskiej Abwehry oraz jeden z bardziej zaufanych agentów Hauptsturmführera Spilkera. Polski agent nie zdołał jednak przeprowadzić żadnego rozpoznania, gdy 11 VII 1943 r. został wezwany "blitztelegramem" do Krakowa.

    W gmachu krakowskiego Gestapo dowiedział się, że z Berlina nadszedł specjalny rozkaz sygnowany przez Alfreda Spilkera, "(...) który przebywa w centrali Gestapo w Berlinie, gdzie prowadzi śledztwo przeciw Roweckiemu generałowi. Oto życzeniem tego było, by generał był zaskoczony tym wszystkim - co wie Gestapo. I dlatego we wspomnianym »fernschreiben« prosił o sporządzenie specjalnych szkiców rysunkowych, przedstawiających cały »Aufbau« PZP (PZP był kryptonimem czasowym ZWZ - przyp. Ł.O.), z tym że nie tak, jak było to zrobione, a specjalne kraty i krateczki, gdzie można wpisywać nazwiska, przy czym należy wpisywać nazwy w języku niemieckim i polskim. Równocześnie poszczególne Gestapo w dystryktach otrzymało nakaz nadesłania odpowiedniego materiału. Został mi oddany do dyspozycji kreślarz, by we dwójkę szybciej przygotować pracę. Stwierdziłem, że niestety - ja nie pamiętam i nie znam aktualnego materiału - wobec tego zostałem przewieziony autem do centrali wywiadu, gdzie został mi przedstawiony materiał3".

Ostatecznie otrzymał kilkaset arkuszy opracowań dotyczących ZWZ oraz 26 stron odnoszących się do innych organizacji.

Meldunek kpt. Boczonia dotyczący wiedzy jaką posiadało Gestapo w lipcu 1943 na temat struktur ZWZ-AK jest zbyt obszerny, aby cytować go w całości. Jednak jego lektura wskazuje, że Niemcy dysponowali sporą wiedzą na temat struktur konspiracyjnych, była to jednak wiedza bardzo różnorodna. Nazwisko gen. Stefana Roweckiego figurowało na czele listy, ale w przypadku członków jego sztabu popełniano rażące błędy.

Przydzielenie do opracowania tajnych materiałów wcale nie ułatwiły kpt. Boczoniowi uzyskania informacji o miejscu przetrzymywania generała Roweckiego. Z prostej przyczyny, w krakowskim Gestapo również nie wiedziano do końca, co stało się z dowódcą AK. Pojawiały się różne, czasem fantastyczne plotki.

Mówiono np., że "Grot" "rzekomo został wzięty wraz z około setką oficerów i działaczy w kościele, w którym jeden z majorów brał ślub. Dawna kochanka zemściła się na majorze i doniosła na Gestapo, że człowiek, który bierze ślub jest poszukiwanym majorem i niebezpiecznym działaczem. Kościół został otoczony i wyłowiono około sto osób. W tym także komendanta głównego (...)". Ostatecznie, "(...) w czasie dość prowokacyjnych z mej strony rozmów - stwierdziłem, że gen. Rowecki bezpośrednio po aresztowaniu został przewieziony samolotem do Berlina, gdzie w specjalnej celi siedzi w »Moabicie«. Wg otrzymanych informacji został on aresztowany na nazwisko »Sułkowski«, przy czym o szczegółach mało mówiono (...)4" (prawdopodobnie chodzi o nazwisko Sokołowski Józef.

Dokumenty te wyrobione na samym początku okupacji były "najmocniejsze", i nimi najczęściej posługiwał się gen. Rowecki. Wg innych źródeł 30 czerwca mógł posługiwać się dokumentami na nazwisko Jerzy Malinowski, na które to wynajęto mieszkanie - przyp. Ł.O.). W latach 50. podczas śledztwa UB szef kontrwywiadu KG AK Bernard Zakrzewski "Oskar" potwierdzał, że Boczoń przekazał informacje o pobycie generała w Berlinie.

Te wstępne sygnały o miejscu przetrzymywania "Grota" zbiegły się z pierwszym jego listem wysłanym na przełomie lipca i sierpnia 1943 roku. Listem skierowanym do ciotecznej siostry Melanii Dańcowej. Gen. Rowecki donosił w nim krótko, że nie zrobiono mu nic złego. Dopiero w grudniu 1943 r. nadeszła następna wiadomość, zaadresowana do Hanny Królikowskiej, zawierająca oprócz różnego rodzaju informacji o stanie zdrowia adnotację: "oddany w komendzie obozu".

Pozwoliło to oficerom z KG AK, którym adresatka przekazała list do wglądu, wywnioskować, że generał znajduje się w jednym z licznych niemieckich obozów, do którego przewieziono go po dwóch tygodniach przesłuchań jakie przeprowadzono w siedzibie Gestapo w Berlinie. Dopiero po wojnie byli oficerowie AK dowiedzieli się, że był to obóz w Sachsenhausen.

Kontrwywiad KG Armii Krajowej przez następne miesiące nie był w stanie ustalić, kto zadenuncjował generała "Grota". Dla wielu polskich oficerów była to osobista porażka. W kontrowersyjnej książce Juliusza Wilczura-Garzteckiego, pełniącego w tym czasie funkcję z-cy szefa komórki kontrwywiadu KG AK o kryptonimie "Sonda", znalazły się nawet słowa o domniemanym komunikacie, mówiącym o zastrzeleniu jakiegoś podoficera za oddanie w ręce niemieckie wysokiego przedstawiciela polskiego podziemia.

Komunikat ten miał kamuflować brak wyników śledztwa. Na trop faktycznego zdrajcy wpadnięto znacznie później, dopiero w roku 1944, i to przy okazji zupełnie innej zdrady. Cdn.

apla

 Fragment przesłuchania SS Untersturmführera Alfreda Otto, współpracownika Spilkera i kierownika jednego z referatów warszawskiego Gestapo:

"Komendant Główny AK gen. »Grot« Rowecki aresztowany został przez Gestapo w drugiej połowie 1943 r. na terenie Warszawy w następujących okolicznościach. Na usługach Gestapo pozostawał wówczas oficer AK, legionista o nieznanym mi nazwisku. Zwerbowany został do współpracy jako agent przez komisarza Gestapo Bürknera, kier. referatu III N, i przekazany na kontakt do nadsekretarza Gestapo Mertena z referatu III C (kontrwywiad). Nazwiska tego agenta, jak już zaznaczyłem, nie znam. Niemniej jednak jeden raz widziałem go po zatrzymaniu gen. Roweckiego w gmachu Gestapo przy Alejach Szucha. Był to mężczyzna już w starszym wieku lat około 58-59. Niski. Krępy. Barczysty. Silnej budowy. Twarz owalna, z dużymi ciemnymi wąsami. Człowiek ten był kolegą Roweckiego z legionów, tak iż znał się z nim doskonale, gdyż o ile mi wiadomo Rowecki był jego dowódcą w legionach. Z tego tytułu wymieniony oficer AK, a zarazem agent Gestapo otrzymał od Mertena polecenie prowadzenia obserwacji za Roweckim w celu ustalenia jego kontaktów i aresztowania. Agent ten wykonując polecenie Mertena, pewnego dnia w drugiej połowie 1943 r. obserwując Roweckiego ustalił, że zatrzymał się on w jednym z domów przy ul. Filtrowej nr nieznany (...) (chodziło o Spiską 14/10 - przyp. Ł.O.). O swoim spostrzeżeniu agent powiadomił Mertena telefonicznie i ten natychmiast udał się pod wskazany adres w towarzystwie kilku funkcjonariuszy Gestapo. W mieszkaniu tym Rowecki został aresztowany i natychmiast odstawiony do gmachu Gestapo. Początkowo nie było pewności, czy schwytany mężczyzna jest rzeczywiście gen. Roweckim, ponieważ miał on sfałszowane dokumenty i do swego właściwego nazwiska się nie przyznawał. W tym wypadku przysłużył się znów agent Mertena, który dostarczył, o ile wiem, książkę zasłużonych przedwojennych oficerów armii polskiej. W książce tej były zdjęcia poszczególnych oficerów z oddzielnym rozdziałem zdjęć oficerów legionowych. Na jednej z fotografii figurował ówczesny płk Rowecki. Zdjęcie to okazano Roweckiemu i wówczas on z pewnego rodzaju akcentem dumy przyznał się, że jest gen. Roweckim, co wiem, gdyż wkrótce po tym także zaszedłem do pokoju Mertena, zastając tam płk. Hahna, Stamma i kilku innych oficerów Gestapo. Po ustaleniu tożsamości Roweckiego jeszcze tegoż samego dnia powiadomiono telefonicznie Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie. Z Berlina przyszło polecenie, aby natychmiast, bez żadnego śledztwa, samolotem przewieźć gen. Roweckiego z Warszawy do Berlina. Rozkaz został wykonany, i już następnego dnia po aresztowaniu płk Hahn osobiście ze wzmocnioną eskortą odwiózł gen. Roweckiego na lotnisko wojskowe na Okęciu, skąd samolotem wojskowym został on odtransportowany do Berlina. Pomimo aresztowania Roweckiego, z Berlina nie napłynęły żadne materiały, które posłużyłyby Gestapo na terenie Polski do całkowitego rozpracowania organizacji AK. (...) Chcę dodać, iż w cztery tygodnie po aresztowaniu Roweckiego przyszło pismo z Berlina do Komendy Policji Bezpieczeństwa w Warszawie z poleceniem zabrania z mieszkania Roweckiego, mieszczącego się na Żoliborzu, jego płaszcza i futra celem natychmiastowego przesłania tych rzeczy do Berlina. Pismo to polecono wykonać podległej mi grupie z referatu III-B 1. Na mój rozkaz, pod wskazanym w piśmie adresem, żądany płaszcz i futro Roweckiego odwieźli sekretarz Henkel i tłumacz Schulz. Zostało to odesłane do Berlina. W mieszkaniu gdzie te rzeczy były zachowane Rowecki, o ile mi jest wiadomym, zamieszkiwał do czasu aresztowania jako sublokator. Przed odesłaniem zarówno płaszcz, jak i futro były dokładnie przeszukane lecz żadnych tajnych dokumentów, materiałów nie odnaleziono". IPN BU 0 1251 128 / cz. 1 str. 430



PictureGrot Stefan Rowecki w 1915 r. Polskie Drużyny Strzeleckie



Sprawa aresztowania, uwięzienia i śmierci gen. "Grota" stała się przedmiotem badań wielu ludzi: zawodowych historyków, amatorów-pasjonatów, dziennikarzy i archiwistów, a nawet byłych funkcjonariuszy służb specjalnych. Przez długie powojenne lata rozpatrzono wiele hipotez, przebadano niezliczone tropy, dotarto do wielu dokumentów. Ostatecznie udało się wyłonić najbardziej prawdopodobną wersję wydarzeń, jakie rozegrały się przed i po aresztowaniu generała. Mimo to do dziś budzi ona kontrowersje i pytania, na które nie zawsze można prosto odpowiedzieć.




Na przełomie marca i kwietnia 1942 r. specjalna komórka warszawskiego gestapo, dowodzona przez SS-Untersturmführera Ericha Mertena, odniosła spory sukces. Dzięki obserwacji jednego z oficerów, który pełnił wysoką funkcję szefa kancelarii w II Flocie Lotniczej Luftwaffe, agentom gestapo udało się ustalić, że często spotyka się z młodą kobietą - Polką, której prawdopodobnie przekazuje tajne informacje.

Oberleutnant Petzelt, bo tak nazywał się podejrzany, został aresztowany. Krótki pobyt w katowni gestapo wystarczył, aby przyznał się do współpracy z polskim wywiadem ZWZ oraz ujawnił punkty kontaktowe. Jeszcze tego samego dnia aresztowano jego łączniczkę, ps. "Janka". W mieszkaniu, gdzie spotykała się ze zwierzchnikiem, założono "kocioł", w który wpadli kolejni polscy konspiratorzy.

Ostatecznie w niemieckie ręce dostało się kilkunastu polskich żołnierzy, m.in. szef jednej z siatek głębokiego wywiadu ZWZ - ppor. Ludwik Kalkstein ps. "Hanka". Ten młody (ur. w 1920 r.) i utalentowany oficer przez rok stworzył prężną i znakomicie funkcjonująca siatkę wywiadowczą. Opierając się na swoich przedwojennych i rodzinnych kontaktach, zwerbował ściśle dobraną ok. 10-osobową grupę, kontrolującą pracę niemal 150 informatorów. W dużej mierze byli to Niemcy, a wśród nich co najmniej kilkunastu oficerów, wobec których zastosowano "standardowe metody" działania - proponowano pieniądze, szantażowano bądź podsuwano kochanki.

Jedną z takich osób był generał major Eberhard Herwarth von Bittenfeld, komendant lotniska Okęcie, zdegradowany później przez zwierzchników m.in. za kontakty z Polakami. Agenci "Hanki" werbowali również niemiecki personel cywilny z administracji szpitali, lotnisk i magazynów. Jedne z najcenniejszych danych uzyskano od żony wyższego oficera SS, Fassenbendera, która była z pochodzenia Polką i nazywała się Sława Mirowska. Co ciekawe, nie chciała się wiązać z polskim wywiadem, nie widziała natomiast żadnych przeszkód we współpracy z wywiadem brytyjskim...

Szef polskiej siatki Ludwik Kalkstein przygotował zręczną mistyfikację. Dzięki swojemu współpracownikowi i jednocześnie kuzynowi, Jerzemu Kopczewskiemu ps. "Krzysztof" - w cywilu przedwojennemu aktorowi - podszyli się pod szefa brytyjskiej sekcji Secret Intelligence Service na Europę oraz jego adiutanta. Kobieta, oczarowana nienagannymi manierami obu dżentelmenów, bez problemu zgodziła się na przekazanie cennych danych, zbieranych dzięki swoim kontaktom towarzyskim z elitą III Rzeszy, m.in. SS-Gruppenführerem Hermannem Fegeleinem, mężem siostry Ewy Braun. We współpracę z alianckim wywiadem zaangażowała się bardzo mocno, oddając cenne usługi. Wykonała m.in. szkice Wilczego Szańca, do którego została zaproszona wraz z mężem. Por. Kalkstein za sukcesy w pracy wywiadowczej został uhonorowany Krzyżem Walecznych.

Skomplikowani zdrajcy - niszczycielska trójca

Od chwili aresztowania Kalkstein ze wszystkich sił starał się zachować milczenie. Był przesłuchiwany, bity i katowany. Aresztowano jego siostrę Ninę Świerczewską, znaną przedwojenną aktorkę, oraz ojca i matkę. Wszystkich maltretowano, również na oczach aresztowanego. Nie wiadomo, kiedy Kalkstein się załamał. Po wojnie twierdził, że dał swoim współpracownikom i przełożonym wystarczająco dużo czasu - ok. dwóch miesięcy - by mogli zlikwidować spalone kontakty, zmienić adresy i dokumenty. Była to zresztą normalna procedura w przypadku aresztowania żołnierza konspiracji. Z niezrozumiałych przyczyn tak się jednak nie stało. Gdy Kalkstein zdecydował się ujawnić wszystkie swoje kontakty, w ręce niemieckie wpadło kilkunastu znanych mu członków ZWZ.

W byłym szefie siatki "H" zaszła jednak głębsza zmiana. Złożył oświadczenie, w którym, z uwagi na niemiecko brzmiące nazwisko i przodków pochodzących z Prus Książęcych, apelował do władz o umożliwienie mu powrotu na łono prawdziwej, niemieckiej ojczyzny. Oficerowie gestapo, wśród nich Untersturmführer Merten, powitali taką deklarację z niekłamanym entuzjazmem, podobnie zareagowała centrala w Berlinie. O sprawie miał nawet słyszeć sam Heinrich Himmler, który dojrzał w tym dowód na siłę prawdziwej niemieckiej krwi. Wkrótce Ludwik Kalkstein oficjalnie zmarł, narodził się natomiast obywatel niemiecki - Paul Henchel, agent gestapo nr 97.

Zwolniony w listopadzie 1942 r., były AK-owiec, nie został jednak zwykłym agentem, tzw. V-Mannem, a raczej kimś pośrednim między etatowym pracownikiem gestapo, a kierownikiem siatki wywiadowczej, tym razem działającej na rzecz niemieckiego okupanta. Wyposażony w nowe nazwisko, dokumenty i broń rozpoczął nową działalność. Miał jednak utrudnione zadanie.

Przede wszystkim nie był już członkiem żadnej polskiej organizacji podziemnej, oficjalnie nie żył, dysponował jednak pewnymi, niespalonymi kontaktami, znajomością reguł i szczegółów konspiracyjnego życia oraz nieprzeciętnym talentem do organizowania wojskowego wywiadu. W pierwszym rzędzie odszukał najbliższą osobę - Blankę Kaczorowską ps. "Sroka", oczarowaną Kalksteinem łączniczkę, z którą wziął ślub 14 XI 1942 roku. Kaczorowska bez namysłu zgodziła się na współpracę z gestapo. Pierwszy kontakt nastąpił, jednak Kalkstein potrzebował więcej zaufanych.

Jednym z nielicznych członków siatki "H", który nie został aresztowany przez Niemców, pozostawał szwagier Kalksteina Eugeniusz Świerczewski ps. "Gens" (ur. 1894), oficer AK o nie wzbudzającym podejrzeń życiorysie - w czasie wojny 1920 r. oficer kulturalno-oświatowy, później literat, dziennikarz, krytyk teatralny, członek Towarzystwa Krzewienia Kultury Teatralnej. W ZWZ działał w wywiadzie pod komendą "Hanki", a następnie został oficerem Biura Informacji i Propagandy KG AK, prawdopodobnie w stopniu majora.

W listopadzie 1942 r. nawiązał z nim kontakt jego dotychczasowy zwierzchnik i szwagier. Wkrótce zamieszkali pod jednym adresem, u Blanki Kaczorowskiej-Kalkstein. Po kilku dniach doszło, w obecności Kalksteina, do spotkania Świerczewskiego z Untersturmführerem Mertenem. Do grona agentów gestapo dołączył nowy współpracownik. Świerczewski otrzymał legitymację gestapo, broń i kryptonim "V-100".

W odróżnieniu od większości innych zdrajców, którzy podejmowali współpracę z okupantem, Świerczewskiego nie aresztowano, ani nie torturowano. Na jego decyzji musiały zaważyć inne czynniki. Wg powojennych przesłuchań Kalksteina, Merten użył mocnej karty przetargowej - aresztowanej przez gestapo żony Świerczewskiego Niny. Budzi to zdziwienie, bowiem będąc siostrą Kalksteina, który jednoznacznie opowiedział się po stronie Niemców, powinna zostać szybko zwolniona, niezależnie od decyzji swojego męża.

Być może Kalkstein swoją zdradę przedstawił jako część szeroko zakrojonej i głęboko zakonspirowanej akcji, której celem było w pierwszym etapie zdobycie zaufania wśród Niemców, a w kolejnym, dotarcie i zabicie samego Hitlera... Taką wersję miał również opowiedzieć Blance Kaczorowskiej. Nawet jeśli obydwa powody zaważyły na decyzji Świerczewskiego, bardzo szybko straciły na znaczeniu.

Wypuszczona na wolność Nina Świerczewska była tak wycieńczona pobytem w katowni gestapo, że zmarła po paru miesiącach. Tymczasem podejmowane przez trójkę renegatów działania doprowadziły do takich strat wśród polskich oficerów i żołnierzy AK, że nie mogły tego usprawiedliwić żadne wyimaginowane, głęboko zakonspirowane operacje.

Świerczewski i Kaczorowska pełnili różnego rodzaju funkcje w łonie AK, Kalkstein obserwował, planował, czasem śledził i koordynował niszczycielskie działania swoich oddanych współpracowników. Przez pół roku wydano dziesiątki i setki oficerów. Niektórzy z aresztowanych załamywali się podczas tortur i rozpoczynali współpracę z okupantem, jak np. szef referatu zachodniego wywiadu ofensywnego Karol Trojanowski ps. "Radwan", którego wydała Blanka Kaczorowska. Trójka zdrajców prowadzona przez Mertena mierzyła coraz wyżej. Celem mieli stać się członkowie sztabu komendy Głównej AK i sam głównodowodzący generał "Grot".

"Gens" - zasłużona kara

Komórka dowodzona przez Mertena, nazywana Rollkomando, powstała z myślą o zadawaniu szybkich i dokładnych uderzeń w polskie podziemie. Przy Al. Szucha nieustannie dyżurował oddział Jagdkommando, przeznaczony do szybkiego reagowania na wszelkiego rodzaju wezwania i alarmy - dojechanie na miejsce, zabezpieczenie terenu i aresztowanie podejrzanych.

30 VI 1943 r. po całkowicie rutynowym spotkaniu i przejęciu od łączniczki koperty z pieniędzmi, generał Stefan "Grot" Rowecki podążył do jednego ze swoich lokali konspiracyjnych przy ulicy Spiskiej 14 m 10. Z pewnością nie zamierzał długo w nim pozostać, być może chciał jedynie wykorzystać znajdujące się tam skrytki.

Na miejsce dotarł prawdopodobnie ok. godziny 9:40. O 10:00 oczekiwano go przy ulicy Barskiej 5, gdzie miała nastąpić odprawa Komendy Głównej AK. Przez cały czas był obserwowany przez Eugeniusza Świerczewskiego (obaj znali się doskonale, jeszcze z okresu wojny 1920-1921), który przypadkowo rozpoznał go na ulicy kilkanaście minut wcześniej. Niemiecki agent wykonał jedno połączenie telefoniczne z siedzibą gestapo... po 10 minutach cały teren był otoczony, a "Grot" aresztowany.

Niestety, kontrwywiad KG AK nie był w stanie przez długi czas ustalić, kto, i w jaki sposób zdradził gen. Roweckiego. Dopiero kilka miesięcy po aresztowaniu zaczęto zdawać sobie sprawę z niszczycielskiej działalność Kalksteina, który schronił się do strzeżonej dzielnicy niemieckiej. Zdrada Świerczewskiego została odkryta jeszcze później, po jego kolejnych denuncjacjach, których ofiarą padł m.in. płk Marian Drobik ps. "Dzięcioł" - szef Oddziału II KG AK. Drobik został aresztowany w jednym ze swoich punktów kontaktowych - willi w Podkowie Leśnej.

Śledztwo podjęte przez polski kontrwywiad wykazało, że w jednym z kolejnych aresztowań, wraz z wyższym oficerem wywiadu AK mjr. Pawłowiczem ps. "Siostra" , został zatrzymany również inny oficer z Biura Informacji i Propagandy KG AK - Eugeniusz Świerczewski ps. "Gens". Ten ostatni, po pewnym czasie, był widziany na wolności, co wzbudziło uzasadnione podejrzenia. Co więcej, próbował nawiązywać nowe kontakty z dowództwem i kierownikami sekcji wywiadowczych.

Gdy w toku dochodzenia prowadzonego przez szefa kontrwywiadu KG AK Bernarda Zakrzewskiego ps. "Oskar" okazało się, że podejrzany jest szwagrem Kalksteina, fakty zaczęły układać się w logiczną całość. Działalność całej niszczycielskiej trójki została częściowo rozpracowana, a los Świerczewskiego przesądzony. W tym czasie Blanka Kaczorowska przerwała swoją "pracę" z powodu ciąży, "na odchodnym" wydając jeszcze swoją znajomą Jadwigę Krasicką. Ponieważ Ludwik Kalkstein ukrywał się, jedynym z trójki pracującym w terenie pozostawał Eugeniusz Świerczewski.

20 VI 1944 r., prawie dokładnie rok po aresztowaniu "Grota", zastępca "Oskara" Stefan Ryś ps. "Józef", wraz z grupą likwidacyjną oczekiwał Świerczewskiego w jedynym z mieszkań przy ul. Krochmalnej 74. Niemiecki agent został tam zwabiony pod pozorem spotkania z nowym szefem Oddziału II KG AK. Zatrzymano go, rozbrojono i przeszukano. Znalezione przy nim przedmioty bezspornie dowodziły jego winy. Legitymacja gestapo, 3 kennkarty na różne nazwiska, zezwolenie na broń podpisane przez szefa warszawskiego gestapo, specjalne przepustki oraz pistolet Colt 32 należący wcześniej do ppłk. Drobika.

W toku przesłuchania prowadzonego przez "Józefa", Świerczewski przyznał się do "wsypania" około 30 wyższych oficerów polskich z KG AK i wywiadu. W trybie doraźnym został wydany rozkaz likwidacji. Chcąc uniknąć zbędnego hałasu przy użyciu broni palnej, Eugeniusz Świerczewski został powieszony w piwnicy na drewnianej belce. Ciało zakopano pod podłogą.

Prawdopodobnie Świerczewski nie przyznał się podczas tego przesłuchania do "wsypania" generała "Grota", być może nie był nawet o to pytany. Aresztowany i przesłuchiwany po wojnie przez oprawców UB Stefan Ryś, dość dokładnie opisał całą sprawę, wraz ze szczegółami zeznań Świerczewskiego. Nie wspominał on wtedy o fakcie przyznania się "Gensa" do wydania generała "Grota".

Wiele lat później, po amnestii, wyjściu na wolność i rehabilitacji, Stefan Ryś zaczął twierdzić, że Świerczewski jednak przyznał się do swojego największego "sukcesu". Rewelacje te były jednak traktowane bardzo ostrożnie przez jego byłego szefa z kontrwywiadu Bernarda Zakrzewskiego "Oskara". Biorąc pod uwagę brak zeznań, czy pozostawionych relacji przez samego Świerczewskiego, dokładne ustalenie, jak przebiegł proces denuncjacji generała Roweckiego, jest dzisiaj praktycznie niemożliwe. Wobec skąpych źródeł pisanych oraz z uwagi na fakt, iż wiele kwestii pomiędzy prowadzącym agenta funkcjonariuszem gestapo i samym agentem omawiano ustnie, wydaje się, że drugą osobą mającą najpełniejszy wgląd w całą sprawę pozostawał zwierzchnik Świerczewskiego SS-Untersturmführer Erich Merten.

Pomiędzy Mertenem a trójką zdrajców, szczególnie Kalksteinem, zawiązały się ściślejsze stosunki, niemalże przyjaźń. Kalkstein, już w mundurze niemieckiego policjanta, po upadku Powstania Warszawskiego był przenoszony na kolejne placówki, wszędzie tam, gdzie delegowano Mertena. Gdy na początku 1945 r. III Rzesza waliła się gruzach, obaj znaleźli się w Łodzi. Tam Merten pozwolił Kalksteinowi "zdezerterować", wyposażając go na drogę w 500 amerykańskich dolarów. Sam podążył za wycofującą się armią.

Nie wiemy w jakich okolicznościach Merten znalazł się na terenie rdzennych Niemiec. W każdym razie nie został rozpoznany jako funkcjonariusz gestapo. Wg Witolda Pronobisa, znanego polskiego historyka i badacza losów gen. Roweckiego, Erich Merten przeżył wojnę i osiadł w Hennickendorfie pod Berlinem. Witold Pronobis sprawdził poprzez Żydowskie Centrum Dokumentacji Szymona Wiesenthala, że Merten zmarł śmiercią naturalną w 1948 r., w wieku 47 lat i został pochowany na cmentarzu w nieodległym miasteczku Trebbin.

Niestety, w latach 90. w Trebbinie nie udało się odnaleźć grobu Ericha Mertena. Z kolei do innych informacji dotarł zwierzchnik specsłużb PRL - szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak, który w latach 80. prowadził w tej sprawie prywatne śledztwo. Wg niego Erich Merten miał żyć we Frankfurcie nad Odrą jeszcze do początku XXI wieku. Tej informacji nie udało się zweryfikować. Należy wziąć pod uwagę, że śledztwo gen. Kiszczaka nie było do końca dokładne.

Na przykład twierdził on, błędnie, że zatrzymanego przez UB Kalksteina nigdy nie przesłuchiwano w sprawie aresztowania gen. "Grota" Roweckiego. Tymczasem takie przesłuchanie, w całości poświęconej tej sprawie, miało miejsce 30 I 1954 r., a prowadził je por. Eugeniusz Witczak. Niezależnie od miejsca i daty śmierci Ericha Mertena, do dzisiaj nikomu nie udało się odnaleźć żadnych informacji ukazujących jego wersję wydarzeń, związanych, jakby nie patrzeć, z jego największym zawodowym sukcesem. Ciekawostką pozostaje fakt, iż kariera Ericha Mertena nie uległa po tym fakcie przyspieszeniu. Otrzymał jedynie stosunkowo niewielką nagrodę pieniężną oraz niezbyt wysokie odznaczenie.

Tajemnice generała "Grota"

Po aresztowaniu 30 VI 1943 r., dowódcę AK wywieziono w nocy specjalnym samolotem do Berlina. Tam poddawano przesłuchaniom oraz przeprowadzano z nim długie rozmowy. Prowadził je głównie Sturmbannführer Harro Thomsen z Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy - szef Referatu D2 specjalizujący się w sprawach polskich. Uczestniczył w nich również szef gestapo Heinrich Müller, oraz ściągnięty z Warszawy Alfred Spilker.

Być może cennego więźnia odwiedził również Heinrich Himmler. Celem rozmów pozostawała próba pozyskania gen. Roweckiego do planu nawiązania sojuszu III Rzeszy z AK i podjęcia wspólnej walki przeciwko Armii Czerwonej. Bezkompromisowa postawa polskiego generała - konsekwentnie odmawiającego wszelkich rozmów na temat takiej współpracy - bardzo szybko, już po ok. dwóch tygodniach, przekonały niemieckich dygnitarzy, że koncepcje te nie mają szans realizacji.

16 VII 1943 r. gen. "Grota" Roweckiego przewieziono do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen i osadzono w celi nr 71, w specjalnym, betonowym budynku zwanym Zellenbau, oddzielonym od reszty obozu wysokim murem. Zellenbau mieścił około 90 pojedynczych cel przeznaczonych dla "uprzywilejowanych" więźniów, kierowanych tu przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy. Więźniowie byli bardzo dobrze pilnowani, traktowano ich jednak rozmaicie. Czasem dobrze, nie poddając specjalnym szykanom, czasem izolowano w całkowitej samotności, a czasem poddawano wielomiesięcznym, długim i wyczerpującym przesłuchaniom. Innych, gdy nadchodził specjalny rozkaz z Berlina, po prostu mordowano.

W Zellenbau przetrzymywano m.in. kuzyna brytyjskiego premiera Petera Churchilla, oficera SOE; oficera brytyjskiego wywiadu Richarda Stevensa, syna wielkiego norweskiego podróżnika Odda Nansena, syna Stalina Iwana Dżugaszwili, kuzyna Mołotowa Wasyla Kokorina, francuskich polityków - Paula Reynauda i Yvona Delbosa, duchownych, jak głowę Kościoła Ewangelickiego pastora Martina Niemöllera, różnej narodowości przywódców komunistycznych oraz wykonawcę nieudanego zamachu na Hitlera w Monachium w 1939 r. Georga Elsera. Więziono tu również Polaków, m.in. biskupa lubelskiego Władysława Gorola, biskupa Mariana Leona Fulmana (jako jednego z nielicznych zwolnionego po interwencji papieża), publicystę, historyka literatury i współpracownika Delegatury Rządu na Kraj dr. Mieczysława Rettingera, matematyka dr. Zygmunta Kobrzyńskiego, pilota RAF Leszka Zamoyskiego.

Osobną grupę więźniów stanowili Ukraińcy związani z OUN i UPA - Stepan Bandera, Jarosław Stećko, Wołodymir Stachiv, lekarz dr Toma Lapyczak. Ukraińcy zostali umieszczeniu w Zellenbau skutkiem odmowy wycofania deklaracji niepodległości Ukrainy, ogłoszonej tuż po inwazji niemieckiej na ZSRR. Pomimo rozczarowania postawą III Rzeszy traktowanej przez nich dotychczas jako sojusznik, za swojego głównego wroga nadal uważali ZSRR oraz... polskich mieszkańców Kresów. Różnili się jedynie sposobem przeprowadzenia etnicznych czystek.

Grupa ukraińska miała istotne znaczenie dla dalszych losów gen. "Grota". Mimo olbrzymich różnic politycznych i ideologicznych, wspólnota więziennej niedoli doprowadziła do tego, iż już podczas pierwszych spacerów jakie odbywał polski generał, z powodzeniem nawiązał z nim kontakt Wołodymir Stachiv. Był to początek wielu kolejnych rozmów i ściślejszych kontaktów, które zaowocowały również planami ucieczki. To właśnie relacje ukraińskich więźniów pozwalają na odtworzenie ważnych epizodów i szczegółów z życia generała po osadzeniu go w Sachsenhausen.

W czerwcu i lipcu 1943 r. polski rząd gorączkowo podejmował wszelkiego rodzaju interwencje dyplomatyczne, które miały pomóc w wydostaniu z rąk niemieckich dowódcy Armii Krajowej. Poproszony o próbę wymiany, wykupienia, bądź innych kroków mogących przynajmniej uchronić generała od śmierci, premier brytyjski z "wielkim żalem" oznajmił, że nic nie można w tej kwestii zrobić... Trudno go zresztą za to winić. Ze swoich źródeł wiedział, że gen. Roweckiemu przyznano prawa jeńca, i na razie jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. A sprawa wymiany, np. na wziętych do niewoli w Afryce niemieckich generałów nie wchodziła w grę.

W czasie II wojny światowej nie doszło zresztą do żadnego oficjalnego przypadku wymiany prominentnego więźnia. Oczywiście komendant ZWZ nic nie wiedział o podejmowanych dyplomatycznych próbach. Prawdopodobnie nawet gdyby dotarła do niego taka informacja, i tak w niczym nie zmieniłaby jego zamiarów - ucieczki za wszelką cenę. Szybko okazało się, że może liczyć na pomoc szczególnego współwięźnia.

Wśród Polaków osadzonych w Zellenbau znajdował się również niejaki Jerzy Kuncewicz, dysponujący japońskim paszportem, pracownik konsulatu egzotycznego Cesarstwa Mandżukuo. Został on aresztowany przez gestapo w Berlinie w 1941 r., pod zarzutem prowadzenia działalności agenturalnej i wywiadowczej. Niemcy przetrzymywali go nie wiedząc za bardzo co z nim zrobić. Bowiem, mimo że dowody jego winy były bezsporne, to dokumenty i funkcja jaką pełnił w konsulacie Mandżukuo, były jak najbardziej autentyczne. Jednocześnie gestapo nie było w stanie ustalić dla kogo pracował, i kim tak naprawdę był.

Oficer Oddziału II

Jerzy Kuncewicz był jedną z fałszywych tożsamości mjr. Alfonsa Jakubiańca z polskiego wywiadu. Ten utalentowany oficer (ur. w 1905 r.) od 1929 służył w 5. pułku piechoty w Wilnie, a następnie od 1934 r. w Korpusie Ochrony Pogranicza, skąd rok później trafił, w stopniu kapitana, na samodzielną placówkę wywiadowczą w Grodnie. W chwili rozpoczęcia niemieckiej agresji przebywał na Litwie, w Kownie, jako oficer wywiadu. Jego domeną stały się operacje wywiadowcze podejmowane dzięki pomocy japońskiego wywiadu. Polsko-japońska współpraca na tym polu miała długą historię, sięgającą jeszcze czasów Polskiej Partii Socjalistycznej i wojny 1905 roku. Trwała przez lata 20. i 30., nie przeszkodził jej nawet wybuch II wojny światowej i znalezienie się po dwóch przeciwnych stronach konfliktu.

Początkowo główna oś współpracy polegała na wymianie informacji dotyczących ZSRR, po 1 IX 1939 r. rozszerzyła się na wiele innych spraw. W jej wyniku japońscy oficerowie wywiadu, jak np. gen. Makoto Odonera z ambasady w Sztokholmie, pomagali w tworzeniu polskich siatek szpiegowskich, a pracownicy przedstawicielstwa w Warszawie wspierali po cichu działania ZWZ-AK. Kapitan Alfons Jakubianiec, pozostający od września 1939 r. na Litwie, wspólnie z innym asem polskiego wywiadu mjr. Stanisławem Rybikowskim przeprowadzili w Kownie operację ewakuacji do USA ponad 2 tys. obywateli polskich narodowości żydowskiej, dla których przygotowano sfałszowane wizy japońskie. Akcja została wykonana dzięki pomocy i za wiedzą japońskiego konsula Chuine Sugihary.

Kpt. Jakubianiec, awansowany wkrótce na majora, już jako Jerzy Kuncewicz otrzymał japoński paszport i pracę w berlińskim konsulacie kontrolowanego przez Japończyków Cesarstwa Mandżukuo. Tam rozpoczął intensywną pracę wywiadowczą organizując siatki agentów, wciągając do współpracy tajnych współpracowników, przewożąc materiały w japońskim bagażu dyplomatycznym. Otoczony wianuszkiem kobiet, często żon dyplomatów i wyższych urzędników, kontynuował niejako legendę przedwojennego asa polskiego wywiadu jakim był działający w Berlinie rotmistrz Jerzy Sosnowski. W chwili aresztowania dysponował na terenie Berlina siecią zakonspirowanych mieszkań, punktów kontaktowych i skrytek.

Zadziwiające, że Niemcy do końca nie zdawali sobie sprawy z tego, kogo mają w swoich rękach. Wg jednej z wersji, mjr Jakubianiec został aresztowany podczas próby poszukiwania kontaktu z jednym z cenniejszych, polskich, przedwojennych agentów ps. "Wiktor", który został w 1940 r. schwytany przez gestapo. Wg drugiej, wydał go nie znający szczegółów jego działalności zazdrosny mąż jednej z jego agentek. Za aresztowanym "Kuncewiczem" wstawili się Japończycy, ostatecznie Niemcy osadzili go w Sachsenhausen w Zellenbau.

Walka do końca

Pierwszy plan wydostania gen. Stefana Roweckiego z pilnie strzeżonego więzienia pojawił się bardzo szybko, bo już w sierpniu 1943 roku. Jeden ze strażników, sowicie opłacony, zgodził się pomóc wydostać się dwóm więźniom. Pierwszym z nich miał być gen. "Grot", drugim Ukrainiec - Wołodymir Stachiv. Wraz z nimi miał zdezerterować również przekupiony strażnik, który nie wiedział kim byli uciekinierzy. Wszyscy mieli przeczekać najgorętszy okres poszukiwań w jednym z zakonspirowanych mieszkań mjr. Jakubiańca w Berlinie. Rozmowy ze strażnikiem prowadził jeden z więźniów - niemiecki antyfaszysta. Plan był bardzo zaawansowany. Generał sporządził gryps, który miał zostać przeniesiony na zewnątrz i dostarczony do jego brata Stanisława Roweckiego. Ten miał odnaleźć skrytkę z pieniędzmi i przekazać je żonie strażnika. Niestety, niemieckiego więźnia niespodziewanie przeniesiono na teren właściwego obozu koncentracyjnego. Ze strażnikiem kontaktu nie odnowiono.

Drugi plan ucieczki, o jakim wiemy, powstał po kilku miesiącach. Tym razem uciekać miał tylko generał, którego planowano przewieźć na badania lekarskie do Berlina. Wybrano miejsce akcji na przewidywanej trasie przejazdu. Generał "Grot" miał samodzielnie uciec obstawie i podążyć do jednego z przygotowanych punktów - prywatnego mieszkania japońskiego dyplomaty, budynku konsulatu Manżdżuko lub innych mieszkań, zapewne należących do agentek mjr. Jakubiańca. Kontakt z japońskimi dyplomatami został nawiązany prawdopodobnie dzięki żonie jednego z niemieckich prokuratorów, która wymogła możliwość odwiedzenia "Jerzego Kuncewicza". Podobno aż trzy mieszkające w Berlinie "przyjaciółki" mjr. Jakubiańca były przygotowane, aby pomóc polskiemu generałowi. Pozostawało "jedynie" uciec podczas transportu do lekarza.

W listopadzie bądź grudniu 1943 r. gen. "Grota" przewieziono do Berlina. Polacy nie docenili ostrożności Niemców. Cennego więźnia transportowano w konwoju i asyście dwunastu dobrze uzbrojonych strażników. Wg jednego z badaczy, znanego z jednoznacznego stosunku do UPA i OUN, Edwarda Prusa, obydwie nieudane ucieczki były wynikiem zdrady ukraińskich działaczy, którzy znali szczegóły planowanych akcji. Niestety, tych poglądów nie można dziś zweryfikować. Wydaje się jednak, że gdyby Niemcy faktycznie wiedzieli o planowanych ucieczkach, zakończyłoby się to z pewnością śledztwem, m.in. w sprawie kontaktów mjr. Jakubiańca. A z tego co wiemy, nic takiego nie nastąpiło. Czy "Grot" planował kolejne próby wydostania się z Zellenbau? Jeśli tak, to nie udało się ich zrealizować przed 1 VIII 1944 r. - przed wybuchem Powstania Warszawskiego.

Ostatnie tajemnice

Pewnego sierpniowego dnia 1944 r., gdy Sturmbannführer Harro Thomsen z Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy dotarł do swego biura, zastał w nim polecenie natychmiastowego stawienia się u szefa gestapo SS Gruppenführera Heinricha Müllera. Wezwanie bardzo go zdziwiło, bowiem zwierzchnik tajnej policji rzadko spotykał się z samego rana z podwładnymi. Po dotarciu na miejsce, Thomsena bezzwłocznie wprowadzono do gabinetu szefa. Tam, bez słowa, otrzymał dwa dalekopisy specjalnego przeznaczenia. Pierwszy był rozkazem z kwatery Himmlera, bezpośrednio skierowanym do komendanta obozu w Sachsenhausen, z poleceniem przeprowadzenia natychmiastowej egzekucji na gen. "Grocie" Roweckim. Drugi, potwierdzeniem przesłanym z obozu o wykonaniu rozkazu o 3 nad ranem. Müller, który prowadził część rozmów z gen. "Grotem", był bardzo zdziwiony, zarówno tym, że nic nie wiedział o planowanej egzekucji, jak i samym faktem jej przeprowadzenia.

Harro Thomson, który zeznawał tej sprawie w maju 1948 r. nie znał żadnych, bliższych szczegółów egzekucji. Miał tylko pewność, że została przeprowadzona, a ciało generała prawdopodobnie spalone w krematorium. Co spowodowało, że Himmler zdecydował się zamordować dowódcę AK, wydając bezpośredni rozkaz, o którym nikt inny nie wiedział? 1 VIII 1944 r. wybuchło Powstanie Warszawskie. Czy był to zatem akt politycznej zemsty? Jednak Niemcy wiadomość o śmierci Roweckiego celowo zataili. Nawet w 1945 r., gdy Harro Thomsen rozmawiał z polskimi oficerami AK w jednym z oflagów, miał twierdzić, że generał żyje, choć jest chory. Akt zemsty, bądź represji, za wybuch Powstania miałby sens w momencie podania go do publicznej wiadomości. W tym przypadku było zupełnie inaczej. Na te pytania nie udało się odpowiedzieć do dzisiaj.

Jedną z większych zagadek pozostaje również kwestia materiałów jakie miały pozostać po gen. "Grocie". Wiadomo jest , że miał możliwość pisania i prowadził różnego rodzaju notatki. Po wojnie, w II połowie lat 40., te oryginalne materiały miał posiadać... Karol Trojanowski ps. "Radwan", wspomniany w artykule oficer wywiadu, który przeszedł na stronę niemiecką. Niestety "Radwan" zapadł się pod ziemię, i od tego czasu nikt więcej materiałów pozostawionych przez dowódcę AK nie widział.

A co z innymi "bohaterami" tej opowieści? Ludwik Kalkstein walczył w Powstaniu Warszawskim po stronie niemieckiej w oddziałach Waffen SS. Po wojnie został literatem, publikował książki pod pseudonimem, miał też podobno stworzyć scenariusz serialu pt. "Czarne Chmury", gdzie przelał na papier autentyczną historię swojego XVII-wiecznego przodka - pułkownika Krystiana Kalksteina-Stolińskiego. W 1953 r. został aresztowany jako agent gestapo i skazany na dożywocie. Został zwolniony w 1965 r. na mocy amnestii. W latach 80. wyjechał do Francji, potem do RFN. Prawdopodobnie próbował nawiązywać współpracę z SB w celu rozpracowywania Radia Wolna Europa. Zmarł w 1997 r. w Monachium. Blanka Kaczorowska również została po wojnie aresztowana, w 1952 r., i skazana na dożywocie. Jednak już po pięciu latach wyszła z więzienia. Została etatowym, tajnym współpracownikiem SB o ps. "Katarzyna". W latach 70. wyjechała do Francji. Tam leczyła się psychiatrycznie. Zmarła w samotności w 2004 r. w domu opieki le Vieux Colombier, otoczona pogardą innych pensjonariuszy, którzy mieli podobno dowiedzieć się kim była naprawdę.

Łukasz Orlicki

Przypis:

Cytowany w poprzedniej części artykułu ("Odkrywca" nr 5/2013) SS-Untersturmführer Alfred Otto twierdził, że znał pobieżnie dwóch funkcjonariuszy SD służących w Warszawie. Jeden z nich nazywał się von Kalkstein. Nie wydaje się, aby była to zbieżność przypadkowa. (IPN BU 0 1251 128 / cz. 1).

Literatura i źródła:

1. W. Pronobis, "Śmierć gen. »Grota« Roweckiego" [w:] Focus Historia Extra 2012

2. W. Pronobis, "Poślubieni zdradzie cz. 1 i 2" [w:] Focus Historia, V-VI 2010

3. T. Szarota, "Stefan »Grot« Rowecki", Warszawa 1985

4. W. Grabowski "Kalkstein i Kaczorowska w świetle akt UB" [w:] Biuletyn IPN 2004, 8-9/2004

5.Protokół przesłuchania Bernarda Zakrzewskiego ps. "Oskar" z 18 III 1949., BU 0 330 235 13

6. R. Tarski, "Tajemnica Generała Grota",Wwa 1969

7. www.witoldpronobis.pl


]]>
<![CDATA[Zbigniew Stypułkowski]]>Sun, 18 Aug 2013 03:24:47 GMThttp://nasznowyjork.org/czy-jestes-jednym-z-nich/zbigniew-stypukowskiPicture
W 1910 rozpoczął naukę w warszawskim Gimnazjum gen. Pawła Chrzanowskiego[1]. W listopadzie 1918 jako gimnazjalista uczestniczył w rozbrajaniu Niemców w Warszawie. W lipcu 1920, w obliczu najazdu Armii Czerwonej na Polskę zgłosił się na ochotnika do Wojska Polskiego, walczył jako żołnierz pociągu pancernego Lb.16 Mściciel.

W 1921 zrobił maturę i rozpoczął studia na Wydziale Prawa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, który ukończył w 1925. Członek, a później prezes korporacji Aquilonia, a następnie prezes Związku Filistrów Aquilonii. W 1925 wybrany na Zjeździe Narodowego Związku Polskiej Młodzieży Akademickiej wiceprezesem Naczelnego Komitetu Akademickiego, od wiosny 1927 pełnił obowiązki prezesa NKA.

Działacz akademicki: wiceprezes Koła Prawników Stud. UW w latach 1922–1924, delegat na zjazdy ogólnopolskiego ZNPMA w 1923 i 1925; wieloletni członek władz Koła Warszawskiego Związku Akademickiego "Młodzież Wszechpolska"; działacz Stronnictwa Narodowego.

Związał się z tworzonym przez Romana Dmowskiego Obozem Wielkiej Polski.

Po ukończeniu studiów zdał egzamin sędziowski i adwokacki. W 1930 został wybrany posłem na Sejm RP z listy Stronnictwa Narodowego. Był najmłodszym posłem polskiego Sejmu. Mandat poselski wykonywał do 1935. Po 1935 prowadził praktykę adwokacką. Był między innymi obrońcą Adama Doboszyńskiego w czasie jego procesu we Lwowie. W latach 1930–1937 prezes Zarządu Okręgowego Stronnictwa Narodowego na Podlasiu i członek Rady Naczelnej Stronnictwa. W 1937 po spotkaniu z marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym na komersie korporacji akademickiej Arconia został usunięty z władz stronnictwa i zawieszony w prawach członka SN.

Po agresji Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 zgłosił się na ochotnika do wojska. W walkach nie uczestniczył. Jego oddział został wzięty do niewoli przez Armię Czerwoną na Wołyniu po agresji sowieckiej 17 września 1939. Został wywieziony do obozu jenieckiego w Talicy , gdzie przebywali żołnierze różnych stopni (w tym gen. Mieczysław Smorawiński i kontradmirał Xawery Czernicki). Będąc podchorążym podał się za plutonowego, dzięki czemu uniknął selekcji NKWD do obozu w Kozielsku i losu swych współtowarzyszy – ofiar zbrodni katyńskiej.

W listopadzie 1939 został wraz z innymi szeregowymi żołnierzami pochodzącymi z terenu okupacji niemieckiej wydany przez władze sowieckie Niemcom. Trafił do stalagu IV B w Mühlbergu, później do stalagu VII A w Moosburgu niedaleko Monachium, zwolniony z niewoli wiosną 1940.

Po powrocie do Warszawy na krótko aresztowany przez Gestapo, po uwolnieniu wobec rozpoczętych masowych aresztowań polskich polityków (Akcja AB) przeszedł na stopę nielegalną, przez całą wojnę ukrywając się na fałszywych dokumentach. Pomimo przyjętych środków ostrożności (m.in. fikcyjny rozwód (separacja kanoniczna) z żoną) po zaostrzeniu terroru okupanta w 1943 cała jego rodzina[2] (żona Aleksandra Stypułkowska, matka) została aresztowana i wywieziona do obozów koncentracyjnych w Rzeszy.

Od 1942 członek Tymczasowej Komisji Rządzącej, następnie Wojennego Zarządu Głównego Stronnictwa Narodowego. Był przeciwny sposobowi w jaki kierownictwo stronnictwa przystąpiło do Armii Krajowej. Wyszedł z częścią Narodowej Organizacji Wojskowej i założył wespół z ONR Narodowe Siły Zbrojne. W latach 1943–1944 sekretarz generalny Tymczasowej Narodowej Rady Politycznej. Nie przestał politycznie uważać się za członka SN. Po dwóch latach (w marcu 1944) zawarł własną umowę scaleniową Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ) z Armią Krajową, rozszedł się z ONR, powrócił do SN, wziął udział w powstaniu warszawskim. W listopadzie 1944 współzałożyciel Narodowego Zjednoczenia Wojskowego.

28 marca 1945 wraz z innymi przywódcami polskiego państwa podziemnego zwabiony w Pruszkowie przez Iwana Sierowa pod pretekstem rozmów w sprawie wykonania postanowień konferencji jałtańskiej, aresztowany przez NKWD i wywieziony na moskiewską Łubiankę. W śledztwie jako jedyny odmówił nawet formalnie przyznania się do "winy".

Sądzony w pokazowym procesie szesnastu w Moskwie w czerwcu 1945 został skazany na cztery miesiące więzienia. W sierpniu 1945 powrócił do Polski. Zagrożony aresztowaniem 30 listopada 1945 opuścił kraj, wywieziony przez oficerów 1 Dywizji Pancernej w konwoju UNRRA. W kilka godzin po wyjeździe UB było w jego warszawskim mieszkaniu.

Z Niemiec wyjechał do Włoch, gdzie wstąpił do 2 Korpusu. Wraz z jego żołnierzami ewakuował się w 1946 do Wielkiej Brytanii, łącząc się z rodziną (matka i żona przeżyły wojnę, syn wyjechał wraz z nim z Polski). Działacz Stronnictwa Narodowego na uchodźstwie. W latach 1954–1966 członek Egzekutywy Zjednoczenia Narodowego – władz wykonawczych Rady Jedności Narodowej – emigracyjnego substytutu parlamentu. Po śmierci ambasadora Józefa Lipskiego, który był nieoficjalnym przedstawicielem Egzekutywy w Waszyngtonie, w latach 1959–1970 Zbigniew Stypułkowski był jego następcą.

Autor wspomnień W zawierusze dziejowej (1951) (wyd. II rozszerzone pt. Zaproszenie do Moskwy). (trzy wydania angielskie i amerykańskie, wydanie francuskie, portugalskie, hiszpańskie i arabskie). Książka jest barwnym opisem wojennych przeżyć autora i bardzo cenną analizą metod śledczych NKWD stosowanych wobec aresztowanych członków władz polskich (a w konsekwencji także wobec innych ofiar procesów pokazowych w ZSRR i innych krajach komunistycznych doby stalinizmu). Wydanie angielskie poprzedził przedmową Hugh Trevor-Roper.


(źródło wikipedia)


]]>
<![CDATA[Witold Pilecki]]>Mon, 03 Jun 2013 03:16:12 GMThttp://nasznowyjork.org/czy-jestes-jednym-z-nich/witold-pileckiPicture

]]>
<![CDATA[Jan Kobylański]]>Mon, 20 May 2013 20:51:45 GMThttp://nasznowyjork.org/czy-jestes-jednym-z-nich/jan-kobylaskiPicture
 

 

Jan Kobylański ur. 21 lipca 1923 r. w Równem, biznesmen i patriota  mieszkający obecnie w Urugwaju, twórca i prezes Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Łacińskiej (USOPAŁ), największej organizacji polonijnej Ameryki Południowej, czy nawet w świecie. Dzięki swojemu autorytetowi, poświęcenia czasu i własnych pieniędzy dokonał  niebywałego połączenia większości organizacji polonijnych tego kontynentu. Właściciel, prezes i dyrektor kilkunastu firm handlowych o międzynarodowym zasięgu.  Wieloletni konsul: Paragwaju, Hiszpanii i honorowy konsul Polski w Urugwaju. Wielki Polak, przez wielu określany jako drugi Polak po papieżu Janie Pawle II.  Syn adwokata Stanisława Kobylańskiego. W 1943 roku  mając  20-cia lat  za działalność konspiracyjną został aresztowany przez niemieckich okupantów, osadzony w więzieniu na Pawiaku. Przebywał do końca wojny w obozach zagłady w Mauthausen i Gros Rosen, Dachau.    Po wojnie jako przeciwnik komunizmu osiadł we Włoszech, gdzie zajmował się przedsiębiorczością na duża skalę, wykazując zdolności w prowadzeniu  interesów.  

        W 1952 r. przybył do Paragwaju , korzystając z programu prezydenta Federico Chavesa sprowadzenia wiele  rodzin z Europy dla rozwinięcia krajowej gospodarki. Był przyjacielem i dobrym znajomym prezydentów i przywódców państw tego kontynentu. Ułatwiło mu to integrowanie osadniczej społeczności polonijnej nawet pochodzącej z potomków Polaków z czasów zaborów i współczesnych imigrantów.   Przyczynił się do ustanowienia 8 czerwca Dniem Osadnika  Polskiego w Argentynie. Jest fundatorem pomników Jana Pawła II w Buenos Aires w Brazylii i w Montevideo w Urugwaju, pomnika Fryderyka Chopina w Punta del Este, także fundatorem szkoły na Podlasiu. Szczodrze wspierał Radio Maryja. W latach 1989- 2000 był konsulem honorowym Polski w Argentynie .  Może być wzorem nowoczesnego  Polaka, który jest patriotą, kocha Ojczyznę i osiągnął sukces materialny na dużą skalę. Antynarodowe władze w obawie przed rozszerzeniem  się jego wpływów na Polskę i  dążeniem do zjednoczenia  środowisk  patriotycznych  i katolickich w Kraju,  rozpoczęły kampanie oszczerstw   przez środowiska syjonistyczne , liberalne  związane z Gazetą Wyborczą i lewicowymi tygodnikami. W wyniku oszczerczej kampanii ludzi z  Unii Wolności i Platformy został pozbawiony honorowych funkcji rządowych przez MSZ kierowanego przez Władysława Bartoszewskiego, Radka Sikorskiego, ambasadorów Jarosława Gugałę i Ryszarda Schnepfa.   W 2004 r. dziennikarz „ Gazety Wyborczej” Mikołaj Lizut i w 2005 dziennikarz Jerzy Morawski rozpoczęli medialną nagonkę oszczerstw w prasie wymyślając absurdalne zarzuty,  przypisując mu życiorys 20 lat starszego innego człowieka.
W listopadzie 2008 r.  Jan Kobylański wytoczył  proces karny o zniesławienie dziewiętnastu politykom i dziennikarzom (m.in. Adamowi Michnikowi, Danielowi Passentowi, Jerzemu Baczyńskiemu i Ryszardowi Schnepfowi, Jarosławowi Gugale.  Stronę  Prezesa USOPAŁ  Jana Kobylańskiego popiera polskie społeczeństwo , które jest tak jak On, terroryzowane przez wrogie Polsce liberalne media. Ten proces karny przeciwko oszczercom jest przez sąd  przeciągany i opóźniany,  mimo oczywistych dowodów zniesławienia. Stan ten spowodował, że powstały oddolny ruch jego poparcia.  W 2008 r. zawiązał się   Społeczny Komitet  wspierania Jana Kobylańskiego w walce z Antypolonizmem skupiający przedstawicieli pięciu organizacji oraz  internetową  TELEWIZJĘ NARODOWĄ.  Organizują oni  na każdym procesie pikietę społecznego poparcia  dla wzbudzenia zainteresowania tym procesem polskiego społeczeństwa. 

 Jak mówi  Jan Kobylański "Dzięki takiej pikiecie  społeczeństwo może się dowiedzieć dokładniej o złośliwym niedołęstwie  sądów w Polsce oraz o wrogim  postępowaniu polskojęzycznych mediów.  To bardzo ważne, żeby Naród Polski był jak najdokładniej poinformowany o prawdziwej  sytuacji Naszej Ojczyzny, o działaniach wrogów Polskich niszczących nasz kraj, którzy są w rządzie, prasie i w  większości  organizacji  i administracji  w Polsce".

Do tych protestów w dołączają się nieliczni posłowie i senatorzy z PiS ale  też inne środowiska pokrzywdzone przez niesprawiedliwe sądy, w tym Stowarzyszenie Przeciwko Bezprawiu i inne Organizacje  Obywatelskie  które domaga się radykalnych zmian w polskim sądownictwie.  Dają dowody na ginięcie akt sprawy i dowodów sądowych,  ich podmienianie  oraz  przekupstwo sędziów i prokuratorów.  Niesprawiedliwe i nieludzkie wyroki,  stronniczość sędziów  a nawet nie czytanie akt przed ogłoszeniem wyroku.            

]]>
<![CDATA[Feliks Konarski]]>Fri, 17 May 2013 13:22:35 GMThttp://nasznowyjork.org/czy-jestes-jednym-z-nich/feliks-konarskiPicture
http://pl.wikipedia.org/wiki/Feliks_Konarski
photo - bibliotekapiosenki

W nocy z 17 na 18 maja napisałem "Czerwone maki na Monte Cassino".

Wróciliśmy z Lucerny późnym wieczorem... Byłem piekielnie zmęczony, ale nie mogłem spać. Co chwila zbliżałem się do okna i patrzyłem na dalekie błyski artyleryjskiego ognia. Momentami błyski następowały po sobie w tak krótkich odstępach czasu, że tworzyły na ogromnej połaci czarnego nieba jedno długie białe pasmo.
Tam jest Monte Cassino. Tam dzieje się coś, czego jeszcze w tej chwili nie mogę objąć myślą. Wyczuwam tylko, że gdzieś pod tym białym pasmem rozwarło się piekło. Tam oni biją się o klasztor...
Położyłem się na łóżku i zamknąłem oczy. Zapadłem w półsen. Po głowie tłukły mi się słowa rozkazu generała Andersa:

"Nadeszła chwila bitwy..."

Nadeszła. Jest. Czuję ją. Widzę, jak odbija się białym błyskiem w moim oknie.

"Długo czekaliśmy na odwet i zemstę nad naszym odwiecznym wrogiem..."

Przyszedł odwet. Przyszła zemsta w pachnącą majową noc... Wiosna mści się za jesień.

"Zadanie, które nam przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego".

Nie pierwszy to raz i nie ostatni... Za wolność waszą i naszą... Wciąż ta sama spuścizna... To samo dziedzictwo...

"Z wiarą w sprawiedliwość Opatrzności Boskiej idziemy naprzód ze świętym hasłem w sercach naszych: Bóg, Honor i Ojczyzna..."

Idziemy. A przed nami ziejąca ogniem góra klasztorna... Widzę ją. Czarnym masywem wbijająca się w niebo. Niedostępna. Szczytem chmur sięgająca... A pod chmurami zwał gruzów... A w gruzach kryjące się, wściekłe szczury, których nie sposób wytępić...

I nagle... Samo przyszło...

Czy widzisz te gruzy na szczycie?
Tam wróg twój się kryje, jak szczur.
Musicie... Musicie... Musicie...
Za kark wziąć i strącić go z chmur...

Zeskoczyłem z łóżka... Gdzie ten przeklęty ołówek?

I poszli szaleni, zażarci,
I poszli zabijać i mścić.
I poszli, jak zawsze uparci,
Jak zawsze - za honor się bić...

Czerwone maki na Monte Cassino,
Zamiast rosy piły polską krew.
Po tych makach szedł żołnierz i ginął,
Lecz silniejszy od śmierci był gniew.
Przejdą lata i wieki przeminą,
Pozostaną ślady dawnych dni
I wszystkie maki na Monte Cassino
Czerwieńsze będą - bo z polskiej
wzrosną krwi...

Pisałem gorączkowo, szybko. Jak gdybym chciał tymi paroma zwrotkami dodać im sił i krwi, która wsiąkała w przerytą pociskami ziemię. Wydawało mi się, że idę razem z nimi... Że jedynym teraz celem jest ten przeklęty szczyt...

Runęli przez ogień straceńcy,
Niejeden z nich dostał i padł...
Jak ci z Samossiery szaleńcy,
Jak ci spod Rokitny sprzed lat...
Runęli impetem szalonym
I doszli. I udał się szturm.
I sztandar swój biało-czerwony
Zatknęli na gruzach wśród chmur...

Dziś, po latach dopiero, widzę, że piosenka jakby przewidziała bieg wydarzeń. A jeżeli nie wyprzedziła bitwy, to w każdym razie zbiegła się z nią. Przeczucie? Zbieg okoliczności? Magia chwili?
Przeczytałem kilkakrotnie to, co napisałem. Zacząłem nawet nucić melodię, która nasunęła mi się przy czytaniu zwrotki... Po chwili jednak złożyłem zapisany arkusz papieru i wybiegłem na ulicę.

Pierwszego zbudziłem Schütza:
- Fredek, wstawaj...
Spojrzał na mnie pół przytomny:
- Co się stało? Wyjazd?
- Nie. Mam piosenkę. Masz zrobić muzykę i to w ciągu pół godziny. Najdalej.
- Człowieku, czyś ty oszalał? O trzeciej w nocy mam ci muzykę pisać? Pali się?
- Żebyś wiedział. Jutro jedziemy na odcinek i piosenka ma być śpiewana.
- A kto się nauczy?
- Wszyscy. Ty pisz, a ja tymczasem sprowadzę tu resztę i poćwiczymy.
Schütz zamrugał czarnymi oczkami i przytrzymując spodnie od piżamy zaczął kręcić się po pokoju w poszukiwaniu nutowego papieru:
- Zwariował. Jak Boga kocham, zwariował. O trzeciej w nocy on robi próbę.
Ale po chwili siedział już przy pianinie i studiował z uwagą tekst.

Zostawiłem go i wyszedłem na ulicę. Campobasso było pogrążone w śnie. Zbudziłem wszystkich kolegów. Nie obeszło się bez miłych epitetów w stosunku do mojej osoby, ale w rezultacie w ciągu dwudziestu minut wszyscy zjawili się u Schütza. Ten miał już muzykę nakreśloną. Naprędce podyktowałem tekst obecnym. Zaczęliśmy próbować.
Po niespełna pół godzinie rozeszliśmy się. Już na ulicy poleciłem Fabianowi, by na dużym arkuszu papieru napisał tuszem tekst refrenu, bo chciałem, by żołnierze śpiewali piosenkę z nami.
Zasnąłem o wpół do piątej rano. Fabian o 6. Schütz tej nocy nie spał w ogóle. Wygładzał muzykę. Zapalił się. Widocznie wyczuł, że "Czerwone maki" staną się czymś więcej, niż zwykłą piosenką...

O 9 wyjechaliśmy w kierunku Cassina. Zbliżając się do wyznaczonego odcinka, po drodze, ujrzałem za przydrożnym rowem samotny grób żołnierski. Naprędce sklecony krzyż, przewiązany białą taśmą, stał z lekka pochylony. Pod krzyżem - wiązanka maków w łusce od pocisku.
Pomyślałem sobie wtedy, ile nowych krzyży przybyło w ciągu tej majowej nocy?...
Wyjąłem z kieszeni notes i w ciężarówce dopisałem trzecią zwrotkę:

Czy widzisz ten rząd białych krzyży?
To Polak z honorem brał ślub...
Idź naprzód. Im dalej... im wyżej
Tym więcej ich znajdziesz u stóp.
Ta ziemia do Polski należy,
Choć Polska daleko jest stąd...
Bo wolność krzyżami się mierzy.
Historia ten jeden ma błąd.

Śpiewając po raz pierwszy "Czerwone maki" u stóp klasztornej góry, płakaliśmy wszyscy. Żołnierze płakali z nami.

Feliks Konarski ("Ref-Ren")


Jałta

Feliks Konarski „Ref-Ren”, 1945

Zjechali się gdzieś nad morzem,
by w ścisłym „te-jot”
Radzić o losach świata,
Tego dnia pocisk z niemieckiej p-lot
Zabił mojego brata!...

Mówili, że demokracja, że pokój, że ład,
Że sprawy związane z frontem...
W tym czasie podchorąży Jóźwiak padł,
Na którymś tam Monte...

Genialnie uzgodnili genialny plan:
Podstawy nowej niewoli...
A gazeta pisała: „Na odcinku bez zmian...
Akcja patroli...”.

Zoperowali mapę, nie widząc krwi,
lancetem z Lublina...
A za dwa miesiące i kilka dni
Rocznica Monte Cassina...!

Natchnienie… przyjaźń… błędny krąg…
Slogany dawno starte...
Judasz zamiast srebrników wziął
do rąk Atlantycką Kartę...!

]]>
<![CDATA[Antoni Ferdynand Ossendowski]]>Tue, 14 May 2013 13:18:46 GMThttp://nasznowyjork.org/czy-jestes-jednym-z-nich/antoni-ferdynand-ossendowskiPicture
Film Grzegorza Brauna "Errata do biografii" poświęcony FA Ossendowskiemu
http://www.youtube.com/watch?v=Qc2USfxAw7U


http://pl.wikipedia.org/wiki/Ferdynand_Ossendowski


]]>